|
Na pozór wszystko jest w porządku. Do ochrony interesów pracowników stworzono odrębną dziedzinę prawa i osobny kodeks, a także sądownictwo i służbę kontrolną. Kłopot w tym, że można w Polsce pracować przez długie lata i oficjalnie nie być pracownikiem.
Bezpłatna służba zdrowia, zapłacona składka emerytalna, płatny urlop, pewność i minimalna wysokość wynagrodzenia, ośmiogodzinny czas pracy, odprawa w razie zwolnienia... Standardowe zabezpieczenia dla wszystkich oddających swój trud dla pomyślności kraju? Z pewnością nie w Polsce, gdzie miliony ludzi na co dzień poznają gorzki smak bycia pracownikiem drugiej kategorii, pozbawionych należnych im uprawnień. A cały ten proceder niemal zgodnie z prawem, bowiem pracodawcy posiadają możliwość łatwej zamiany statusu członków personelu swoich firm z pracowników na rzekomych kontrahentów.... Sposobów jest wszakże wiele: wymuszanie samozatrudnienia, stosowanie umów cywilnoprawnych (umowy zlecenia i umowy o dzieło), zatrudnianie na czas określony to tylko te najczęściej spotykane. Wszystkie mają za to ten sam cel: zmniejszenie kosztów pracy (czyli zwiększenie zysku przedsiębiorcy) poprzez stosowanie instrumentów tzw. elastycznego rynku pracy czyli różnych rodzajów pracy czasowej. Przy czym nazwa: „praca czasowa” w większości wypadków też bywa zafałszowaniem, bo np. przy umowach cywilnoprawnych czy wymuszaniu zatrudnienia nie chodzi przecież tylko o uniknięcie kosztów zatrudniania czy zwolnienia. Najczęściej matactwa tego typu służą unikaniu opłat z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego czy emerytalnego, przy jednoczesnym wyciskaniu z pracownika resztek sił (brak limitu czasu pracy). Według różnych badań, w sposób taki zatrudnionych jest 20% – 30% pracujących Polaków, przy czym tylko dla garstki specjalistów o znaczących uposażeniach w niektórych sytuacjach ten typ zatrudniania może być korzystny. W rozumieniu wielu firm idealny pracownik to taki, który doskonale odzwierciedla sytuację na rynku: wykonuje powierzone czynności tylko w okresie koniunktury na tworzony produkt, pracuje według stawki wyznaczonej przez szefa przez wymaganą przez niego liczbę godzin czy dni, sam opłaca sobie służbę zdrowia i z własnych środków odkłada na emeryturę. Jednym słowem, bierze na swoje barki jak najwięcej z naturalnego ryzyka przypisanego przedsiębiorcy, a równocześnie pozostaje lojalny i podporządkowany temu ostatniemu, z góry godząc się na określone wynagrodzenie. Taką ofertę trudno uznać za uczciwą, bo za własne ryzyko działalności gospodarczej szefowie nie płacą przecież podległością i racjonowaniem zysku.... Pozbawienie statusu pracownika osoby wykonującej pracę najemną szybko prowadzi do dewastacji jej życia. Znika gwarancja terminowej wypłaty wynagrodzenia, a czasem nawet w ogóle gwarancja uzyskania zapłaty za pracę – egzekwowanie należności na mocy kodeksu cywilnego to udręka trwająca latami, a w przypadku małych kwot często nieopłacalna. Przedsiębiorcy dobrze o tym wiedzą i zobowiązania tego typu wobec zleceniobiorców, zależnych kontrahentów itp. regulują na szarym końcu, a często nie czynią tego wcale. W ten sposób setki tysięcy pracowników udzielają nieoprocentowanego kredytu albo wręcz dotują swoich szefów (tych samych, którzy twierdzą potem, iż „utrzymują pracowników”). Życie pracowników czasowych staje się więc niezwykle ciężkie; jako formalnie zarobkujący nie mają szansy na zasiłek z pomocy społecznej – pozostaje kredyt u znajomych pod zastaw niepewnej przyszłości. Cały czas ponoszą oni koszty związane z zatrudnieniem (dojazd, dbałość o ubranie itp.), a dodatkowo zmuszeni są też do opłat za nieterminowe regulowanie własnych zobowiązań (np. firma STOEN za ponowne podłączenie prądu liczy sobie 80 zł). W przypadku permanentnego zalegania pracodawcy z wypłatą, w ogóle niemożliwe jest prowadzenie racjonalnej polityki finansowej (o której brak ludzie ubożsi są nieustannie oskarżani), bo do takowej niezbędna jest wiedza o tym, kiedy i jakimi środkami będzie się dysponować. Ale nawet gdy szef płaci, to praca czasowa oznacza dla zatrudnionego wymierne straty rozmaitej natury. Instytucje finansowe i niektóre inne firmy cenią stabilność dochodu wyżej niż jego wysokość, toteż zatrudnienie bez stałej umowy o pracę poważnie utrudnia korzystanie z systemu ratalnego, wzięcie kredytu bankowego czy korzystanie z usług o długim czasie lojalności klienta (np. abonament telefonii komórkowej). Z kolei zwykły wypoczynek urlopowy – wszak praca męczy jednakowo, niezależnie od typu umowy – staje się krótkotrwałym kosztownym kaprysem, a nierzadko fikcją. Którego pracownika stać bowiem, aby zrezygnować całkowicie np. z dwutygodniowego dochodu? Albo też ryzykować, że po powrocie zlecenie zostanie podpisane zupełnie z kimś innym? Niektóre formy pracy czasowej niosą ze sobą jeszcze wyższą szkodliwość. Mało kto wie, iż zatrudniony na umowę zlecenie po ustaniu pracy może nie otrzymać zasiłku dla bezrobotnego, jeżeli pracodawca nie płacił terminowo (wpłata musi być w każdym miesiącu) przez wymagane12 miesięcy. Osoby zmuszone do samozatrudnienia czy otrzymujące wynagrodzenie za tworzenie tzw. dzieła w razie choroby mają mało rozkoszny wybór: płacić za leczenie (badania, lekarstwa) z własnej kieszeni bądź liczyć na cud. We wszystkich formach pracy czasowej (poza umową o pracę na czas określony i pracą w niepełnym wymiarze czasu pracy) nie obowiązują normy dotyczące dziennego czy tygodniowego czasu pracy – pracodawca może więc wymuszać pracę w nadgodzinach bez konieczności ponoszenia kosztów tego dodatkowego czasu pracy. Nie obowiązuje tu nakaz wypłacania minimalnego wynagrodzenia o określonej wysokości – w praktyce więc w Polsce XXI wieku można harować po kilkanaście godzin za pensję poniżej gwarantowanej rzekomo przez państwo, słuchając w tym czasie polityków i przedsiębiorców skarżących się wysokie koszty pracy. Wszystkie te utrudnienia życia pracownika czasowego sprawiają, że tak naprawdę jego status pracownika, obywatela i konsumenta jest o wiele gorszy niż osoby zatrudnionej na podstawie Kodeksu Pracy. Mnogość i dotkliwość tych trudności, w połączeniu z brakiem obiektywnych przyczyn takiego stanu rzeczy (pracowników czasowych i „etatowych” de facto nie różni wiele więcej niż typ zatrudnienia – często wykonują oni taką samą pracę i mają podobne kwalifikacje czy doświadczenie zawodowe) w pełni uzasadniają stwierdzenie, iż pracownicy czasowi podlegają skrajnej formie dyskryminacji na rynku pracy. Co więcej, możliwość bezkarnego i bezkosztowego zwolnienia z pracy w krótkim czasie sprawia, że pracownicy czasowi są też w dużym stopniu bezbronni wobec pracodawców. W zasadzie nie podejmują działań mających na celu zmianę ich statusu, choć prawnie istnieje taka możliwość – inspekcja pracy może w niektórych przypadkach wnieść do sądu pozew o ustalenie stosunku pracy (gdy praca jest wykonywana pod kierownictwem pracodawcy, w ściśle określonym przez niego miejscu i czasie). Przypadki postępowań sądowych są jednak najczęstsze już po ustaniu dotychczasowego układu z pracodawcą... Jako bardziej zalęknieni i „z natury” sezonowi w swych zajęciach, pracownicy czasowi nie są też postrzegani jako partnerzy przez działające związki zawodowe, z nielicznymi tylko odstępstwami od tej reguły (Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza, znany m.in. z obrony pracowników czasowych w firmie IMPEL). W ten sposób ci pracownicy, których prawa zostały najbardziej zdeptane pozostają dodatkowo osamotnieni. Są także w dużym stopniu pozbawieni możliwości ucieczki – badania przemieszczania się pracowników w gospodarce wskazują, że ponowne odzyskanie statusu pracownika jest bardzo trudne, zwłaszcza dla ludzi młodych, którzy w ten sposób zaczynają swoją ścieżkę zawodową. Wszyscy zatrudniani pozakodeksowo nie otrzymują też najważniejszego dokumentu poświadczającego zatrudnienie – świadectwa pracy, a z uwagi na okresowość zatrudnienia pomijani są też przy inwestycjach firmy w szkolenia i inne formy podnoszenia kwalifikacji. W chwili obecnej pracownicy (nawet pracujący w tym samym zakładzie pracy) tak naprawdę dzielą się na dwie kategorie, których życie jest zupełnie inne. Osoby zatrudnione w sferze budżetowej, pracownicy podstawowej działalności, specjaliści czy po prostu pracujący od lat w państwowych zakładach państwowych to prawdziwa arystokracja w porównaniu z personelem małych firm usługowych (poza branżami wysokiej specjalizacji) czy handlowych. Sama jednak obecność pracowników „drugiej kategorii” ściąga w dół warunki pracy wszystkim zatrudnionym. Alternatywa jest zatem prosta: albo pracownicy czasowi, zaczną się organizować, a reszta świata pracy okaże im swoją pomoc i solidarność, albo też wszyscy będziemy stopniowo tracić swoje prawa na rzecz interesu takiego czy innego szefa. Trzeciej drogi nie ma. |