Header Pic Header Pic
Header Pic
 
Header Pic
Header Pic  Pfeilstart arrow strategia dla lewicy arrow Alternatywa
Header Pic
Header Pic

Alternatywa PDF Drukuj
Wpisał: Andrzej Smosarski   
18.06.2008.

Lewicowa Alternatywa, której początki sięgają roku 1997, powstała w wyniku przeświadczenia o konieczności zmodyfikowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania lewicy. Idea przewodnia, zawarta w nazwie organizacji, nie była jedynie deklaracją chęci tworzenia prospołecznego programu politycznego w opozycji wobec panującego porządku neoliberalnego. Nie mniej ważnym zadaniem, wydawało się nam odnalezienie metody działania gwarantującej choć minimalny postęp w osiąganiu zamierzonych celów. Nie zakładaliśmy przy tym, że efekty przyjdą szybko, bo mając negatywną ocenę teraźniejszości, dostrzegaliśmy jednocześnie silny konserwatyzm myślenia w środowiskach lewicy. Tworząc organizację, której jednym z emblematów było skrzyżowanie czerwonego sztandaru z flagą czerwono-czarną, wierzyliśmy jednak, że budując przyczółek lewicowości w Polsce, należy czynić to ponad podziałami stricte ideologicznymi. Polityczność organizacji nie musi wyrażać się w patetycznych memoriałach ideowych – istnieje jeszcze świat zdarzeń przyziemnych i aktualnych, do którego warto się ustosunkować.

 


Nasze nadzieje na połączenie ludzi lewicy w działaniach o charakterze antysystemowym okazały się mrzonką. Podział ideologiczny na trwałe zdominował lewą stronę sceny politycznej. Jego ostrość zatarła się dopiero w wyniku ekspansji mitologii ruchu zwanego anty – , a potem alterglobalistycznym, która w Polsce rozpowszechniła się po zamieszkach w Pradze w roku 2000 r. Jednak podział na marksistów i anarchistów, wśród tych pierwszych na socjalistów i trockistów, jest akcentowany silnie do dziś, choć nie zaowocował żadną wybitniejszą dysputą ideologiczną. Ci, którzy od niego odeszli, czynili to z reguły uciekając jednocześnie od lewicy w imię pragmatyzmu życia osobistego, a nie poszukując sposobów modernizacji dotychczasowej działalności. Ci, którzy pozostali w ruchu anarchistycznym czy etatystycznej lewicy, okopali się na politycznych pozycjach, licytując archaicznymi argumentami rodem z wieku XIX w. i litanią krzywd z okresu, kiedy oba kierunki nie znajdowały się na marginesie percepcji zwykłego człowieka, krzyżując niejednokrotnie szpady w zaciętych bojach i dokonując masakr na innych przedstawicielach ruchów radykalnych.

Idea wspólnoty anarchistów i marksistów w walce ze współczesnym kapitalizmem nie znalazła uznania w dłuższym okresie czasu, czego dowodem stała się dominacja jednego kierunku ideowego, widoczna dziś w symbolice organizacji, której historie tworzyli wszak marksistowscy aktywiści tej klasy co Remigiusz Sosnowski czy Dariusz Zalega. Swoją koncepcję działania przyszło nam tworzyć i realizować w gronie nader ekskluzywnym. O wiele zbyt wąskim, w stosunku do potrzeb.  

 

Rządzić czy naciskać?

Zadaniem każdego ruchu politycznego jest czynić starania dla zdobycia możliwie największego wpływu na rzeczywistość, oczywiście, po uprzednim rozpoznaniu intelektualnym celów i ścieżek dochodzenia do ich realizacji. Co do celów ostatecznych, to oczywiście wynikają one z ideologii, choć mimo tego, podawane zazwyczaj ogólnikowo niezbyt się różnią: samorządność pracownicza i lokalna, likwidacja skrajnych różnic dochodowych itp. Jednakże, gdy chodzi o metodę dochodzenia do tego upragnionego raju, którego wizje snuje się wciąż namiętnie, panuje już wyraźny dwugłos.

Tradycyjna metoda działania większości polskiej lewicy polega na podzielaniu przekonania funkcjonującego w ideologii panującego systemu, że jedyną metodą uzyskania wpływu na kształt spraw społecznych jest zdobycie udziału we władzy politycznej poprzez system wyborczy. Taki sposób myślenia dominuje nawet w środowiskach pielęgnujących w codziennej retoryce frazeologię rewolucyjną, nie tylko u socjalistów. Alternatywą wobec niego może być refleksja, że rządzący oficjele nie muszą być wcale autonomiczni w swoich decyzjach przez podatność na naciski zewnętrzne ze strony rozmaitych grup interesów. Wypracowanie odpowiednich mechanizmów nacisku na decydentów może dać efekt niż posiadanie swoich ludzi wewnątrz systemu. Niewiele środowisk lewicy wybiera tą drugą metodę, choć wiedza o mechanizmach uzależniania władzy publicznej przez czynniki zewnętrzne (tyle, że zazwyczaj powiązane z biznesem), to przecież samo sedno zarówno anarchizmu i marksizmu.

Rzecz jasna, wybór między powyższymi opcjami, determinuje strategię działania. Dążenie do zwiększenia wpływu na realia poprzez mechanizm wyborczy sprawia, że wiecznie aktualnym i naczelnym celem istnienia organizacji staje się rozwój oraz tworzenie marki za pomocą technik public relations. Ideą jest budowa partii – niekiedy zwanej na przyszłość rewolucyjną – zmuszonej dla realizacji celu do przyjmowania reguł gry oficjalnego świata polityki, wyznaczanych przez konkurencję i dbałość o formę (wizerunek), a nie treść. Struktura taka dla odniesienia sukcesu zmuszona jest rywalizować o elektorat z innymi formacjami działającymi w podobny sposób, a treść modyfikować stosownie do istniejącego systemu wartości. Dla organizacji dążącej do zmiany istniejącego porządku społecznego oznacza to konieczność rezygnacji z przekazów kontrowersyjnych (czyli najistotniejszych) lub zgodę na świadome maskowanie sedna własnej tożsamości. Walka o konkretnych wyborców toczy się zazwyczaj między formacjami o podobnej ideologii, co może osłabiać nurt polityczny rozumiany jako całość, szczególnie mocno w czasie przegranej strony przeciwnej.

Z kolei nastawienie na presję wobec rządzących jako alternatywę dla uczestnictwa we władzy, zmienia optykę postrzegania sceny politycznej i sił społecznych. Potęga własnej formacji nie jest aż tak istotna jak siła całego nurtu ideowego, który ów nacisk miałby wywierać; zamiast zwalczać konkurencję poszukuje się partnerów. Przedwyborcze mobilizacje i następujące po nich spadki aktywności mogą być zastąpione przez działania o charakterze długofalowym, a koalicjantów ocenia się według ich umiejętności, nie liczby głosów czy innych czynników statystycznych. Komunikat polityczny nie musi być co chwila dopasowywany do wymogów status quo pod groźbą przegranej w wyścigu, która w dodatku ogranicza szanse wygrania w następnym tego typu przedsięwzięciu. Mniej jest marketingu, więcej treści. Jest to metoda społeczna, bo ze środowiskami społecznymi się współpracuje na równych prawach, a nie tylko je reprezentuje. Wymiar polityczny nie musi być przy tym – jak twierdzą zwolennicy metody wyborczej – zatracany, bo presja nie jest przecież presją dla samej siebie, ale stanowi wyraz żądania realizacji konkretnych celów.  

 

Ostateczną efektywność obu metod działania można ocenić spoglądając w przeszłość.

Udział we władzy partii lewicowych bywał korzystny dla ich elektoratu tylko wówczas, gdy stanowił – jak w państwach skandynawskich – wynik wcześniejszego długotrwałego zorganizowania społeczeństwa na poziomie niepartyjnym. Gdy tego brak, lewica u władzy kompromitowała się i to nie tylko w przypadku ruchów reformistycznych. Bez silnie rozwiniętej infrastruktury społecznej, zarówno ruchy rewolucyjne (bolszewicy) jak i politycy socjaldemokratyczni (Unia Pracy), nie byli w stanie zmieniać rzeczywistości w obiecywany sposób. Infrastruktura polityczna nie jest bowiem w stanie wytwarzać infrastruktury społecznej – może być tylko odwrotnie. Samotna awangarda rewolucji, nawet zwycięska, może wyprodukować co najwyżej nowy irracjonalny porządek polityczny, którego potem będzie musiała bronić środkami represji przed gniewem „wyzwolonych” mas. Z kolei socjaldemokraci, nie są w stanie uzyskać żadnych istotnych zmian, gdyż ich partnerzy znając ich bezsilność nie będą skłonni do uległości. Ludzki wysiłek, pieniądze, nadzieje utopione w wyborach, wszystko to zostaje zmarnowane. Z wyborczej sztampy, nie zostaje nic, a jej powtarzanie co kilka lat może być tylko uznane za dowód wybitnej bezrefleksyjności wyznawców tej metody, albo za kamuflaż do zdobycia dotacji publicznych dla danej partii i robienia karier, w ramach systemu, przez jej działaczy.

Z kolei zorganizowana i skoordynowana presja na wrogie interesom społeczeństwa elity może czynić cuda. W wyniku strajków w sierpniu roku 1980 autorytarny reżim zgodził się na legalizację wrogiego mu związku zawodowego, czyniąc sobie tym samym szkodę. Przez następne miesiące „Solidarność” była w stanie wygrywać pomniejsze starcia, dopóki przywódcy organizacji nie zaczęli na rzecz polityki zaniedbywać budowy infrastruktury zakładowej i utrzymywania mobilizacji pracowników. Do zaistnienia i wprowadzenia zmian nie był potrzebny żaden premier, prezydent ani posłowie, a wroga propaganda mediów wzbudzała głownie śmiech. Wystarczyło wymuszać ustępstwa, nie trzeba było samemu wprowadzać ich w życie. Dekretów, premierów i senatorów nie trzeba było też ruchom chłopów bez ziemi w Ameryce Łacińskiej czy meksykańskim zapatystom. Osiągali swoje cele, bo to zbudowana przez nich infrastruktura społeczna odkształcała sferę polityczną siłą działań zwykłych ludzi. Z tego typu działań – podziemnego szkolnictwa, nieoficjalnej pomocy społecznej – wzięła się, jak by jej nie oceniać, siła kosowskich Albańczyków przed powstaniem UCK czy prestiż Hezbollahu.

Jednak kiedy mówimy o tym na lewicy – także radykalnej, słyszymy wciąż komentarze typu „no tak, jesteście przeciw startowi w wyborach do sejmu czy na prezydenta, bo jesteście anarchistami”. Nie. Odwrotnie! Jesteśmy anarchistami, bo dostrzegamy bezsens marnowania sił na wprowadzanie ludzi do władz, jeśli decyduje kierunek oraz siła nacisku społecznego, a nie wola dygnitarzy. 

 

Filozofia czy szczegóły?

Istnieją dwa podstawowe sposoby postrzegania rzeczywistości społecznej.

Pierwszy z nich polega na przyjmowania świata jako pewnej całości, kierowanej – zawsze lub okresowo – przez jedną wszechogarniającą zasadę, której istnienie warunkuje różne pomniejsze czynniki. Zwolennicy takiego sposobu myślenia wytrwale poszukują tego naczelnego mechanizmu, stosując z konieczności uogólnienia kosztem unikania spraw konkretnych i szczegółowych. Drążenie spraw świata ma dla nich zazwyczaj wymiar filozoficznej refleksji, a ewentualna zmiana realiów dnia obecnego postrzeganych jako swoista jednorodność, rysuje im się jako proces równie całościowy i dogłębny.

W polityce, ludzi takich poznać można po tym, iż popierają lub zwalczają dany porządek społeczny od razu całościowo, wspierając bezpardonowo wybrany rzeczownik z końcówką – izm. Wyznacznikiem ewentualnej zmiany jest dla nich jej radykalizm, zazwyczaj polegający na zmianie owego najważniejszego czynnika ustrojowego (np. poprzez prywatyzację albo wręcz przeciwnie – nacjonalizację) na alternatywny wobec dominującego. Poszukiwanie prawdy rzadko sięga poza ową sferę zainteresowania zidentyfikowanym jako główny filar systemu, a skłonność do lekceważenia spraw szczegółowych bez trudu pozwala poznać w nich osoby, które nigdy nie miały do czynienia z zarządzaniem jakąkolwiek częścią sfery społecznej i – zazwyczaj – w gruncie rzeczy niczego takiego nie zakładają. W percepcji tego rodzaju widzi się masy – ludzkość, naród, społeczeństwo – a nie poszczególnych ludzi, których problemy, poprzez swoją powtarzalność, nie wydają się przeznaczone do jednostkowego rozpatrywania.

Poczuciu wielkości misji towarzyszy zazwyczaj zniecierpliwienie mnożeniem się kwestii szczegółowych i pomijanie ich rozwiązywania, w nadziei, że w ten sposób osiągnie się docelowy model odgórny, który z racji swego uniwersalizmu wpłynie z czasem na poprawę stanu rzeczy we wszystkich sferach życia. Osoby takie zdają się żywić złudzenia, że gdy już wprowadzi się postulowany system społeczny z natury rzeczy potrzeby ludzkie będą zaspokajane sprawnie np. mieszkania będą dostępne i dobrej jakości, pracy będzie w bród dla wszystkich itp. Temu sposobowi myślenia zazwyczaj towarzyszy wiara, że skoro już odkryło się naczelny mechanizm zła i konieczność jego eliminacji, to nie ma co tracić czasu na oczekiwanie, aż pogląd ten upowszechni się w świadomości ogółu. Cudowne lekarstwo na szczęście może podać niewielka grupa oświeconych medyków, która z racji swojej wiedzy posiada nawet prawo postępowania wbrew woli pacjentów czy stosowania wobec nich oszustw, w myśl zasady, że cel uświęca środki. Wystarczy jedynie uświęcić własne postępowanie poprzez np. nadanie mu znamion naukowości (np. socjalizm naukowy) czy po prostu dojrzałości politycznej („najpierw wygramy wybory”) i już łatwo można się poczuć predestynowanym do roli mądrzejszego niż reszta.

Najwybitniejsze z tych osób zostają pełnymi idealizmu filozofami, tworzącymi sztywne projekty intelektualne próbujące zinterpretować świat od poziomu narodzin kamienia czy małpy po najnowocześniejsze dziedziny gospodarki i tajniki ludzkiej psyche. Mniej zaangażowani czy pracowici nikną w mrokach historii jako banalni krzykacze, którzy powtarzali garść ogólników, aż ich to znudziło. Niektórzy tworzą przewroty w imię rewolucji, które kończą się przymuszaniem obywateli do korzystania z ich rzekomych rozkoszy. Nad nimi wszystkimi unosi się atmosfera swoistego romantyzmu (a niekiedy dziwactwa), jaka zawsze towarzyszy kontestatorom rzeczywistości domagających się zmian ostatecznych.

Zupełnie inny typ postrzegania świata reprezentują ci, którzy w otaczającej rzeczywistości widzą układankę złożoną z wielu zagadnień i problemów, które dopiero zebrane i powiązane ze sobą kontekstowo tworzą zdolną do oceny całość. Główny mechanizm świata, jeżeli w ogóle istnieje, jest raczej wypadkową szeregu pomniejszych prawidłowości oraz faktów, a nie czynnikiem nimi sterującym. Starać się go zidentyfikować można jedynie dzięki analizie, krok po kroku, tych poszczególnych elementów.

Działalność polityczna osób tak myślących skupia się na próbie rozwiązywania konkretnych problemów, mając przez to często charakter doraźny i mało efektowny. Każda zmiana w pożądanym kierunku uznawana jest za sukces, nawet jeśli nie wpływa na zaistnienie zmian na poziomie ogólnym, np. zmiany ustroju. Wśród dostrzeganych elementów rzeczywistości, są też ludzie i ich konkretne problemy związane np. z miejscem pracy czy zamieszkania, dochodem czy statusem społecznym.

Wiara w siłę rewolucyjnych rozstrzygnięć jest tu ograniczona bądź nie istnieje, a zmianę systemu politycznego próbuje się realizować poprzez zmianę możliwie dużej liczby segmentów. Zamiast zmiany kapitalizmu w socjalizm, czy odwrotnie, proponuje się stworzenie odpowiedniego modelu transportu publicznego, mieszkalnictwa, stosunków pracy, ochrony zdrowia itd. Myśleniu tego rodzaju może (ale nie musi) towarzyszyć refleksja o wzajemnym powiązaniu między konkretnymi dziedzinami życia powodującym, że żadna wyraźna reforma jednej z nich nie pozostanie bez oddźwięku w szeregu innych. I tak np. kwestia mieszkalnictwa w sposób oczywisty powiązana jest z kształtem stosunków własnościowych, rolą i skalą przestrzeni publicznej, efektywnością systemu podatkowego czy strategią organów publicznych w zakresie tworzenia infrastruktury. Wszelkie nowe rozwiązania w tej mierze po prostu będą musiały tworzyć napięcia w powiązanych dziedzinach, podważając dotychczasowy stan rzeczy.

Warto, dodać, iż drugi sposób rozumowania politycznego zasadza się także na niewierze w statyczność procesów społecznych. Te ostatnie są zazwyczaj kształtowane permanentnie pod wpływem podjętych lub zaniechanych doraźnych decyzji prawnych, gospodarczych lub politycznych, a tylko wyjątkowo na sposób rewolucyjny. Bierne czekanie na zmianę całościową oznacza więc oddawanie pola przeciwnikowi, z oczywistą stratą dla własnej strony.

Działania sposób potrafiących powiązać swoje chęci rozpoznawania konkretnych zagadnień społecznych z walką o zmianę całościową mogą dać pozytywne rezultaty trojakiego rodzaju. Tylko dzięki nim organizacja jest w stanie tworzyć program polityczny, którego podstawą nie są przyjmowane a priori reguły ewentualnego porewolucyjnego porządku. Wiedza o konkretnych problemach społecznych i dotychczas proponowanych ścieżkach ich rozwiązywania pozwala tworzyć postulaty pozytywne na teraz, co – i to jest ów drugi plus - stwarza szansę zapobiegania alienacji radykalnego środowiska politycznego w społeczeństwie, które wartość polityków ocenia po doraźnej aktywności i skuteczności bez wgłębiania się w konteksty ideologiczne. Owo kryterium społecznej oceny nie zmieni się zresztą także po zmianie ustrojowej, która – jeśli nie traktować jej na sposób mistyczny – sama w sobie nie spowoduje przyrostu infrastruktury mieszkaniowej, zaniku przestępczości lub rozmnożenia się środków finansowych pozwalającego uniknąć wyborów przy ich wydatkowaniu.

Postrzeganie świata na podobieństwo układanki z puzzli, której zmiana wymaga pochylenia się nad każdą częścią z osobna zamiast zakładania od razu tym jaki będzie efekt końcowy, nie jest oczywiście metodą wolną od niebezpieczeństw. Zajmując się którymś z elementów, łatwo zapomnieć o tym, że jest on co najwyżej równoważny wielu innym i stracić zainteresowanie resztą rzeczywistości, jak to czyni większość organizacji pozarządowych. Nadmierny pragmatyzm może powodować akceptację szkodliwych kompromisów, polegających na rezygnacji z działań w innych segmentach życia społecznego albo wręcz zgodzie wobec pogarszania się w nich sytuacji, w zamian za niewielkie ustępstwa systemu w sferze stawianej jako priorytet. Jeśli uważnie przyjrzeć się rządom i parlamentom, to nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy dzisiejszy porządek tworzą w większym stopniu zdeklarowani zwolennicy neoliberalizmu, czy też głównie tacy właśnie miłośnicy kompromisu zdecydowani za ewentualność przeprowadzenia niewielkiej korekty w danej dziedzinie odstąpić prawo do kontestacji wielu innych potworności współczesnego świata.

Lewicowa Alternatywa, od początku swojego istnienia, skupiała osoby zainteresowane raczej konkretyzacją celów i metod działania. W związku z tym, dążyliśmy do zrozumienia istoty poszczególnych zagadnień życia społecznego, rezygnując ze skupiania się na imaginowaniu jakiegoś uniwersalnego modelu ustrojowego, wynikającego z założeń o charakterze teoretycznym. Marksistowskie czy anarchistyczne poglądy działaczy stanowiły raczej odwołanie do tradycji tych nurtów, ich praktycznego dorobku i jedynie głównych założeń teoretycznych. Jak ognia unikaliśmy fetyszyzowania dogmatów lewicy, dostrzegając niedopasowanie części z nich do realiów dzisiejszego świata, a przede wszystkim mechaniczność i bezrefleksyjność ich adaptowania w innej sytuacji cywilizacyjnej. Z racji takiego podejścia, zarzucano nam doraźność czy brak przygotowania teoretycznego, traktując często jak grupę dobrotliwej młodzieży, swoistego czerwonego harcerstwa, dobrodusznie wykonującego proste czynności dla obywateli, ale niezdolnego do uczestnictwa w tzw. „prawdziwej polityce”. Ta ostatnia rzekomo ma bowiem polegać na budowaniu infrastruktury politycznej typu partyjnego, ogłaszaniu mobilizacji wyborczych, jeżdżeniu po kraju i świecie w celu głoszenia komunałów w rodzaju „Inny świat jest możliwy”, albo „Walczmy z neoliberalną globalizacją”.

Od wielu lat odmawiamy uczestnictwa w wyborczych grach, sezonowych sojuszach radykalnej lewicy mających na celu ukrycie własnej słabości oraz w naśladownictwo oficjalnej sceny politycznej przez tworzenie nadbudowy partyjnej pozbawionej treści programowych i członków. Jednak czy rzeczywiście naśladownictwo gabinetowych przewrotów, walk koterii, taktycznych sojuszy i napuszonego pustosłowia wierchuszki politycznej kraju to treść polityki? To co odrażające w oficjalnej polityce – alienacja, reklamiarstwo, hipokryzja, populizm – u organizacji z trzeciej ligi politycznej jest już tylko śmieszne, jeśli nie żałosne. Czy rzeczywiście po roku 1989 na radykalnej lewicy trwały jakieś istotne dysputy teoretyczne, w których odmówiliśmy udziału, wybierając lepienie plakatów lub uczestnictwo w pikietach? 

 

Edukacja, ale jaka?

Dwa wspomniane w powyższym rozdziale sposoby postrzegania świata – ten ogólny, filozoficzny i ten polegający na składaniu obrazu z poszczególnych elementarnych zagadnień - muszą rzutować na wybór treści, które organizacja polityczna uznaje za warte do przyswojenia przez swoich członków. Osoby o lewicowym światopoglądzie poszukujące najistotniejszych mechanizmów rządzących światem z natury rzeczy będą bardziej zainteresowane rozważaniem kwestii zderzenia poglądów neokantystów ze scholastycznym marksistowskim materializmem Kautskiego niż odpowiedzią na pytanie, jak zorganizować efektywny system ochrony pracowników czasowych przed wyzyskiem. I odwrotnie – próbujących zrozumieć dokładnie mniejsze fragmenty rzeczywistości społecznej nie pociąga raczej analizowanie wpływu opresyjności kapitalizmu na kształtowanie komunikatów językowych, za to może ich wciągać próba stworzenia zarysu sprawnego systemu budownictwa społecznego.

Oczywiście należy uznać, że każdy ma prawo roztrząsać sprawy, które go nurtują i postrzegać świat od strony, którą wybierze. Wartościowanie obu typów rozumowania, może się więc wydać bezużytecznym ględzeniem. Tak jednak nie jest, gdyż owa swoboda wyboru przysługuje pod warunkiem, że dokonujący go nie zdecydowali się zabiegać o wybór siebie samych lub członków swoich środowisk politycznych do organów władzy. Jeśli jednak aspiracje takie wykazują – a czyni tak w zasadzie cała mniej lub bardziej radykalna lewica, nie odwołująca się do tradycji anarchistycznej – to żarty się kończą! Zarządza albo współzarządza się wszak nie żadnym tam komunizmem, neoliberalizmem czy anarchizmem, ale mieszkalnictwem, pomocą społeczną, rolnictwem, przemysłem itd. Ubieganie się o zaszczyt pełnienia misji publicznej, jeżeli nie ma być nabijaniem wyborców w butelkę, musi być oparte o posiadaną wiedzę, a przede wszystkim szczere zainteresowanie funkcjonowaniem realnych sfer życia.

Nie chodzi przy tym o żadną technokratyczną megamądrość ani wykaz profesorskich stopni czy tytułów prac naukowych, ale zwyczajną znajomość pewnej liczby zagadnień od strony merytorycznej, prawnej i praktycznej. Pozbawieni jej reprezentanci ludu w rzeczywistości nie są w stanie proponować własnych rozwiązań ani oceniać opinii ekspertów czy adwersarzy politycznych, stają się więc zakładnikami urzędników czy bardziej zorientowanych radnych lub posłów. Bezużyteczna kadra partyjna, utrzymywana z publicznych pieniędzy i blokująca miejsca osobom o większej znajomości tematu, to balast, a nie atut, niezależnie od deklarowanych przez nią poglądów. Z drugiej strony, organy władzy to nie szkółka dla ignorantów, w której za pieniądze podatników powinno się dopiero zdobywać wiedzę potrzebną do partycypacji w zarządzaniu, ale miejsce podejmowania istotnych decyzji. Tu przegrywa się zawsze na koszt wyborcy-podatnika, więc traktowanie rady gminy czy parlamentu jako szkoły podstawowej, rozbudzającej zainteresowania przerośniętych uczniów rozmiłowanych w filozoficznych rozważaniach, nie jest ani uczciwe ani efektywne.

Z całą pewnością można zgodzić się ze słynną tezą Lenina, że i sprzątaczka może rządzić państwem, pod tym jednak warunkiem, że będzie to niewiasta zainteresowana nie tylko sprzątaniem, lecz starająca się uparcie dociekać, jak zachować lub zmieniać w pożądanym dla społeczeństwa kierunku poszczególne elementy rzeczywistości. Takich sprzątaczek polska lewica ma jak na lekarstwo, za to przepełnia ją masa intelektualistów, mających ambicje kierowania ruchami społecznymi, ale nie potrafiących wyjść poza dogmat filozoficznej refleksji. Wybór tematów jest wąski i rzadko uzupełniany. Globalizacja jako zjawisko światowe lub oddziałujące na kraje afrykańskie, rozwój neokonserwatyzmu jako nowoczesnej ideologii imperialnej, upadek autorytetów i komercjalizacja nauki, dominacja korporacji i sztuczność świata kreowanego przez media – to żelazny repertuar, będący kalką publikacji zachodnich. Słuszności większości analiz nie sposób zakwestionować, jednak powtarzanie ich setny raz niczemu nie służy, bo brak w nich jakiejkolwiek refleksji co do sposobów zmiany sytuacji przez odbiorców tych treści. Pozbawione praktycznego sensu jest też nieustanne wałkowanie problemu palestyńskiego czy analizowanie ruchów społecznych w Ameryce Południowej, szczególnie, iż można domniemywać, że sukcesy tych ostatnich wynikają właśnie z wyjścia poza sferę analizowania cudzych spraw. „Jeżeli nas popieracie, to zamiast przyjeżdżać róbcie to samo u siebie” - apelowali swego czasu meksykańscy zapatyści, ale chętnych w Polsce do brania tego komunikatu na serio nie znajdzie się wielu. Jest to tym smutniejsze, że również na rodzimym gruncie mamy także do czego się odwoływać. Cały nurt ruchu spółdzielczego, samoorganizacji i związanych z tym prac Edwarda Abramowskiego jest tymczasem przez większość współczesnej lewicy pomijany lub uznawany za kolejną utopijną koncepcję niewartą szerszej uwagi.

Przy tym wszystkim, polska lewica wypracowała zawstydzająco mało materiałów o charakterze merytorycznym. Socjaldemokratyczni (nie mam tu na myśli postkomunistów) zwolennicy regulacji prawnych i analiz nie tworzyli opracowań prawnych czy analiz dotyczących konkretnych gałęzi przemysłu, nie mówiąc już o wysuwaniu postulatów pozytywnych czy przyoblekaniu ich w formę ustaw. Przyjęli rolę populistycznych krytyków systemu operujących w konkretnych kwestiach alterglobalistycznymi frazesami, nie mającymi zazwyczaj odniesienia w realiach kraju, w którym najpełniejszą analizę oddziaływania globalizacji na gospodarkę stworzył późniejszy rzecznik jednego z ministerstw z okresu rządów Prawa i Sprawiedliwości, Andrzej Zybała. Co ciekawe, kiedy środowisko Lewicowej Alternatywy krytykowało partie lewicowe za brak tego rodzaju pracy merytorycznej i zwracało uwagę na kontrast takiego ich myślenia z ambicjami wyborczymi, zawsze kończyło się to oskarżeniami nas o antyinteligenckie fobie, jakbyśmy narzekali na zbytnie zaangażowanie intelektualne tego środowiska. Rodzaj wiedzy, której się nie domagaliśmy nie był najwyraźniej postrzegany jako poważny. 

 

Prostota nie jest wadą

Wydaje się dość dziwne, iż działając na lewicy człowiek musi się czasem tłumaczyć z tego, że prowadzi pracę polityczną poza salonami jajogłowych, organizując grupę obywateli bezpośrednio pokrzywdzonych przez system, do walki o interes grupowy. Jest to wszak od zawsze podstawowa misja lewicy, znacznie bardziej istotna niż prowadzenie filozoficznych debat, śpiewanie rewolucyjnych pieśni czy tworzenie kolejnych koterii wyborczych. Jak widać, owo przesłanie gdzieś się zagubiło, choć mam wrażenie, że w niektórych pismach radykalnej lewicy zainteresowanie ruchami społecznymi jest widoczne, pod warunkiem jednak, że są one liczne, egzotyczne i operują zestawem odpowiednio rewolucyjnych haseł.

Z kolei, co do porównania LA z działalnością organizacji pozarządowych, to z pewnością najlepszą odpowiedzią na te szyderstwo byłoby pytanie: a dlaczegoż to potężnych organizacji wspierających najemców lokali czy pracowników czasowych nie ma, choć przecież jest ich tak wiele pomagających np. niepełnosprawnym czy kobietom? Odpowiedź jest prosta i redaktorzy „poważnych” lewicowych pism ją z całą pewnością znają – działa tu oczywisty mechanizm polityczny. Obrona lokatorów czy pracowników czasowych wymaga zanegowania prymatu prawa własności i prawa przedsiębiorcy do obniżania kosztów, a są to podstawy systemu. Przede wszystkim te dwie kwestie odróżniają naszą działalność od tak chwalonej na salonach aktywności charytatywnej – my nie rozdajemy lokatorom marchewki ani butów, kupionych za dotacje dbałych o wizerunek korporacji. Nie chcemy również załamywać rąk nad biedą i apelować do władz o „ulżenie doli biednych” czy spojrzenie na nich przychylniejszym wzrokiem. Staramy się za to zrobić z ludzi z którymi współpracujemy silną grupę interesu, która działając we własnym imieniu zakwestionuje dominację prawa własności tam, gdzie jest ona wyjątkowo szkodliwa. Jednocześnie pomagamy w tworzeniu samodzielnego partnera (a nie elektoratu partyjnego), do długotrwałej walki w konkretnej dziedzinie. Ludzi można organizować nie tylko wokół idei, ale także w grupach interesu i właśnie tak się tworzą ruchy społeczne. Kiedy te ostatnie zaczynają współpracować ze sobą – jak zdarzyło się np. związkowcom z Sierpnia 80 i warszawskim lokatorom – wówczas zaczyna się tworzyć tkanka społeczna, która jeśli wzrośnie w przyszłości, może będzie miała rzeczywiście jakąś korzyść z produkowania reprezentacji stricte partyjnej. Może ona również zacząć działać również na płaszczyźnie idei, ale dopiero gdy dojdzie do tego poprzez aktywność w konkretnych sprawach. Jest to tym ważniejsze że przez takie doraźne działania zostają nawiązane nowe więzi międzyludzkie i dochodzi również do przemian etycznych, które za niezbędne w prowadzeniu lewicowych zmian uznawał między innymi Abramowski. Człowiek działający w grupie samopomocowej poznaje sytuację innych, podobnych jemu, a co za tym idzie poszerza swoje horyzonty. Upadają często zaszczepione mu wcześniej przez systemowe media czy polityków mity „świętego prawa własności” czy tego jakoby bezdomnością byli zagrożeni „menele nie płacący czynszów”.

Część komentatorów, żądając budowy infrastruktury politycznej bez istnienia infrastruktury społecznej rozumianej jako koalicja ruchów interesu lokatorskich, pracowniczych itd., przypomina jednocześnie istnienie bytów takich jak Polska Partia Socjalistyczna czy Unia Pracy, które właśnie zbudowano według jego wzorca. Ich koniec i niemal zerowy dorobek, mimo posiadania swego czasu ministrów czy posłów, biur oraz dotacji publicznych, był łatwy do przewidzenia, bo w polityce wszyscy wiedzą, kto jest bytem wirtualnym i musi wisieć u pańskiej (w tych przypadkach eseldowskiej) klamki. Kto nie ma zaplecza - tego prawdziwego, nie wyrażonego tylko w jednorazowej zwyżce głosów podczas elekcji - ten się nie liczy. Lewica w Polsce nie ma tego zaplecza, nie ma nawet elektoratu, lecz z uporem próbuje tworzyć coraz nowe posady dla generałów bez armii. Nawet „najpoważniejsze” ugrupowania parlamentarne uważające się za lewicowe to dziś od kilkuset do ledwie kilku tysięcy członków. Fakt, że niektórzy lewicowcy nazywają tworzenie organizacji interesu grupowego „apolitycznym” świadczyć może tylko o tym, że w ogóle nie odróżniają już działalności politycznej od typowo partyjnej. Pokazują, iż uznają jedynie klasyczną definicję polityki jako dążenia do zdobycia lub utrzymania władzy, definicję od lat kwestionowaną przez wiele oddolnych ruchów socjalistycznych czy anarchistycznych.  

Metoda działania LA

W istocie, metoda działania Lewicowej Alternatywy nie jest ani specjalnie radykalna, ani tym bardziej antyintelektualna. Nie jest też odkrywcza, bo polega po prostu na długotrwałym skupianiu się na wybranych tematach w ramach działań zwanych kampaniami, próbujących ogarnąć cały kontekst merytoryczny i praktyczny zagadnienia. Model jest prosty: do merytorycznego rozpracowania tematu powstaje grupa robocza, akcja propagandowa służy dotarciu do środowiska osób pokrzywdzonych, potem szuka się partnerów politycznych na lewicy (rzecz wyjątkowo trudna), a w końcu próbuje z grupy zainteresowanych stworzyć silne środowisko społeczne świadome kontekstu politycznego danej kwestii.

Model powyższy to oczywiście pewien wzorzec, realizowany zawsze niedoskonale, ale i tak przynoszący pewne efekty. Wszystkie działania są otwarte na osoby spoza Lewicowej Alternatywy, o czym wiedzą ci, którzy organizowali z nami konferencje tematyczne, spotkania otwarte, lepili plakaty itd.

Nie kierując się pragmatyką wyborczą, możemy omijać rafy, za jakie uznać należy popularne na lewicy próby reprezentowania kogoś na siłę, zwłaszcza, gdy posiada on własne formy organizacyjne. Wolimy budować od podstaw niż próbować przejąć istniejące już struktury organizacyjne, zazwyczaj ze swoją biurokracją zorientowaną na zachowanie wpływów i nierzadko skorumpowaną. To zapewne trudniejsze, ale pozwala unikać dużej części moralnego brudu, a przecież tak łatwo umorusać się klejąc fałszywe sojusze nastawione na przejęcie cudzych wpływów i zasobów. Zresztą uczciwość nie koliduje z pragmatyzmem. Gospodarować tym co cudze w polityce nie warto – tylko słabowite i chore struktury poddają się wpływom; kreatywni, pracowici i sprawni intelektualnie ludzie nie są tymi, którzy pozwolą odebrać sobie kontrolę nad tym, co stworzyli. Po co nam więc dodatkowy balast w postaci przejętych politycznych inwalidów lub kombinatorów? Lewicowa Alternatywa nie koncentruje się na pozyskiwaniu wpływów, tylko szuka konkretnych partnerów, a gdy ich brak, stara się swoim „działactwem” doprowadzić do ich powstania.

Przeprowadzona przez nas analiza społecznej rzeczywistości pozwoliła zidentyfikować dwie grupy społeczne szczególnie zagrożone praktykami neoliberalnej rzeczywistości: najemców lokali w budynkach prywatnych i pracowników czasowych. Obie te grupy były od dawna traktowane jako żywy dodatek do infrastruktury mieszkaniowej lub gospodarczej; ochrona gwarantowana im w aktach prawnych stawała się coraz bardziej fikcyjna, a rzeczywiste traktowanie przez posiadaczy własności pozwalało uznać te środowiska za podlegające skrajnym formom dyskryminacji. Mimo to, ich los nie budził zainteresowania lewicy albo nigdy (pracownicy czasowi) albo od dłuższego czasu (lokatorzy po okresie akcji blokad eksmisji). Obie grupy obywateli mimo liczonej w setkach tysięcy liczebności nie posiadały organizacji ani wpływów, które można by przejąć i zawłaszczyć. Zamiast próbować przyjść im z pomocą, lewica wolała przez lata kokietować arystokrację robotniczą i związkowców, wspierając tych, którzy mieli już najlepszą pozycję przetargową. Kiedy zaczęliśmy krytykować ten sposób myślenia, wskazując na jego interesowność oraz nieskuteczność, powtarza się ograną teorię, że kto nie koncentruje się na zdobywaniu wpływów w biurokracji związkowej lub rzekomych „lewych skrzydłach” liberalnych partii, ten ignorant i dzieciuch, nie rozumiejący zasad dojrzałej polityki.

Co ciekawe, nigdy nie spotkaliśmy się u naszych krytyków z jakimkolwiek uzasadnieniem twierdzenia, że działanie bezpośrednio wśród obywateli musi przekładać się na brak wiedzy teoretycznej. Czy rzeczywiście jest to alternatywa, a nie pakiet minimum każdego przyzwoitego ruchu politycznego? Pójdźmy dalej – czy wiedza w ogóle ma wymiar jedynie teoretyczny? Czy jest jedynie tym, co zostało przelane na papier, przez rejestratora zdarzeń, naukowca lub filozofa? Jeżeli tak, to moglibyśmy uznać polskich lokatorów za otoczonych szczelną ochroną państwa, bo w debacie parlamentarnej zażarcie kłócono się o to, kto powinien pokrywać koszty gniazdek antenowych w budynkach. Jednak wciąż masowo usuwa się ludzi z mieszkań do nor zwanych lokalami socjalnymi albo do noclegowni. Cóż warta taka papierowa wiedza, pozbawiona informacji z życia wziętych, pozyskanych w ramach „działactwa”? Każda sprawa lokatorska, pracownicza, obywatelska, to morze informacji, o które powinni zabiegać szczególnie ci, uważający się za godnych uczestnictwa w tworzeniu infrastruktury politycznej. Można z niej otrzymać podstawowe dane dotyczące istniejących w danej sferze spraw społecznych układów interesów i podziału wpływów, sposobów czy jakości funkcjonowania instytucji, postrzegania przez obywateli danego problemu, instrumentów realizacji oczekiwań przez strony konfliktu, uwarunkowań prawnych i obyczajowych. Współczesny system polityczny zwany ironicznie „demokratycznym” polega przecież na uznawaniu posiadania praw przez obywateli i umiejętnym unikaniu ich realizacji przez opóźnianie lub zaniechanie egzekucji, utrudnianie jasnej wykładni czy brak przygotowania kadr. Jak można w ogóle zdobyć wiedzę o realnym kształcie rzeczywistości społecznej, nie angażując się w konkretne problemy obywateli i nie dowiadując się w ten właśnie sposób o rzeczywistym funkcjonowaniu konkretnych dziedzin życia? Z pewnością nie da się tego uczynić tylko na podstawie starannie selekcjonowanych przekazów medialnych, ani analizując treść ustaw i analiz statystycznych, z których pierwsze bywają tylko na papierze, a drugie łatwo kształtować wybiórczo.

Zarzut rzekomego antyintelektualizmu Lewicowej Alternatywy łatwo obalić poprzez przypomnienie oczywistego faktu, że środowisko nasze było pierwszym w stolicy, które stworzyło bibliotekę lewicowej wiedzy. Jako pomysłodawcy tego projektu, usiłowaliśmy na początku zainteresować tym środowisko ATTAC – Polska, w którym podówczas próbowaliśmy realizować nasze polityczne pasje. Niestety, pochłonięte wzajemnym wycinaniem się trockistowskich frakcji i organizowaniem turystyki alterglobalizacyjnej Stowarzyszenie nie miało żadnych ambicji w tym względzie, podobnie zresztą, jak żadna ze słynnych lewicowych partii pchających się do władzy (do dzisiaj tworzenie bibliotek otwartych jest w Warszawie domeną środowisk anarchistycznych). Bibliotekę zrobiło więc LA i prowadziło ja samemu, korzystając z kilkumetrowego pomieszczenia jednej z partii politycznych, której dyrektor biura rozumiał najwyraźniej nasze intencje. Po półtorarocznej przerwie wymuszonej utratą lokalu Warszawska Biblioteka Społeczna im. Edwarda Abramowskiego znów funkcjonuje z powiększonym znacząco księgozbiorem. Mimo zdecydowanie naukowego charakteru są one w pełni zrozumiałe dla odbiorcy.

Trudno też podważać dorobek teoretyczny naszego środowiska, zwłaszcza na tle przerażającej marności współczesnej polskiej myśli lewicowej. Stanowiska polityczne LA nie są może specjalnie odkrywcze czy spektakularne, ale też nie składają się z kilkunastu zdań jak cały program wyborczy najpopularniejszej obecnie polskiej partii lewicowej. Nie wydaje się też, aby konferencje tematyczne dotyczące elastyczności zatrudnienia czy spraw mieszkaniowych odbiegały od poziomu gawędzeń profesorów z większości spotkań organizowanych pod lewicowym szyldem. Z inspiracji LA lub jego sumptem powstały analizy dotyczące funkcjonowania agencji pracy tymczasowej, zadań ruchu pracowniczego w kontekście uelastyczniania czasu pracy, polityki miasta Warszawy w dzielnicy Wola wobec zasobu mieszkań socjalnych, dyrektywy usługowej UE, a także analizy prawne dotyczące kwestii lokatorskich. Teksty to niedoskonałe, przeznaczone do dyskusji, tylko z kim tu dyskutować na lewicy? Z dwoma, pięcioma, ośmioma osobami w Polsce? Reszta analizuje swoje – izmy i woli zaczytywać się dziełami z czasów, kiedy przed samochodami biegali faceci z czerwoną chorągiewką.  

 

Jak uniknąć błędu?

Po latach doświadczeń w pracy politycznej, Lewicowa Alternatywa przyzwyczaiła się już także do wad wybranej ścieżki postępowania. Ceną, jaką płacimy za wybór metody działania bardziej pracochłonnej, a nie niosącej ze sobą złudzeń dotyczących własnego prestiżu czy budowy jakiegoś monstrualnego ruchu jest wciąż niska liczebność i przepracowanie. Nie hodujemy członków niczym kwiatów, a stawiając wymagania, często tracimy ich, gdy chęci czy możliwości nie pozwalają sprostać wyzwaniom. Ta nieprzyjemna samotność – właściwa ludziom i organizacjom nastawionym na pewnego rodzaju pracę organiczną – istnieje także w kontekście zewnętrznym, gdzie w skali kraju możemy się poszczycić w zasadzie jednym solidnym partnerem zewnętrznym, a budowany mozolnie i dużym nakładem czasu dialog z innymi organizacjami prowadzi zazwyczaj do krótkotrwałych sojuszy, z uwagi na zmienność ich postaw oraz toczącą się między nimi rozgrywkę.

Istnieje jednak istotne zadanie polityczne, o wadze trudnej do przecenienia, którego Lewicowa Alternatywa stara się nie zaniedbywać nawet w największej nawale zajęć. Ludziom, którym staramy się pomagać i którzy mają do nas w związku z tym pewien szacunek oraz zaufanie, niesiemy jasne przesłanie: „organizujcie się, budujcie wspólnotę interesu i idei, ale nie ufajcie sferze polityki, gdzie roi się od ludzi, którzy żądają poparcia, a jeszcze nic dla was nie zrobili”. Kiedy pytają nas, na kogo powinni głosować, odpowiadamy: „popatrzcie na naszą maleńką organizację i zapamiętajcie co może zrobić parę osób, którym na czymś zależy, za darmo i nie dla kariery politycznej. Niby nić wielkiego – konferencję tematyczną, analizę problemu, plakatowanie czy coś równie prozaicznego. Jednak jest to coś, cokolwiek… Potem popatrzcie na tych wszystkich politykierów, na ich gładkie, wypoczęte oblicza, puste lokale partyjne, deklaracje i codzienną anemiczność w działaniach. Pomyślcie, dlaczego oni nigdy do was nie dotarli, nie pomogli w czymś konkretnym, nie wymagając nic w zamian. Wtedy będziecie wiedzieli, co o was naprawdę myślą, jak bardzo zajmują ich wasze problemy i troski. Jeśli już koniecznie chcecie na kogoś głosować, to poczekajcie, aż zrobi z własnej inicjatywy to samo minimum co my, choćby równie nieporadnie, ale szczerze”. Oto anarchizm rzeczywisty, oparty o życie, a nie jakieś infantylno - ideologiczne bredzenia o autorytaryzmie i antyautorytaryźmie na lewicy, złych politykach itp. Nie ma obawy, nie doczekają się... Ten egzamin partyjni liderzy zawsze obleją, bowiem niecierpliwość i interesowność zdradzi ich za każdym razem.

Rozmaici lewicujący generałowie bez armii mogą sobie kpić i szydzić z „działactwa”, porównywać nas do koncesjonowanych organizacji pozarządowych, zarzucać apolityczność. Jesteśmy lewicową alternatywą także dla ich sposobu rozumienia polityki. Nie powinni też liczyć na to, że będziemy wychowywać im elektorat – posłuszne bezmyślne stado ludzkie, wierzące w rychłe nadejście mesjasza sprawiedliwości społecznej. Naszą metodę działania stanowi właśnie połączenie aktywności na dole, pozyskiwania wiedzy teoretycznej i praktycznej (od obywateli), długotrwałości działań i krytycyzmu wobec każdego, kto – cytując Bareję – „z zawodu jest dyrektorem”. Wybór to świadomy, a działalność stricte polityczna, choć różna od lewicowych kopii oficjalnej polityki. 

 

Andrzej Smosarski 

 

Zmieniony ( 18.06.2008. )
 
następny artykuł »
Header Pic
left unten right unten