|
|
Andrzej Smosarski
|
Wojna domowa ministrów |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
21.08.2007. |
|
Wreszcie prawdziwa sensacja polityczna. Po siermiędze konfliktów koalicyjnych, kiedy zagmatwaniu treści treści towarzyszyło wyraźne podgrzewanie atmosfery przez media, zagotowało się w samej drużynie rządzących bliźniąt. Zamiast nudnego memłania o wadach polityków innego stronnictwa, mamy prawdziwą rzeź bratobójczą! Konflikt wybuchł znienacka i od razu w samej szpicy rewolucji IV Rzeczpospolitej, bo wsród ludzi nadzorujących policję i wymiar sprawiedliwości. Jego bohaterowie – Zbigniew Ziobro i Janusz Kaczmarek, wyznaczali ostatnio główny kierunek „rewolucji moralnej” sprawującej władzy ekipy konserwatystów, a ich niebagatelnym atutem była forma komunikowania się z opinią publiczną. Spokojny typ argumentacji w połączeniu z precyzją języka mogł tworzyć wrażenie, iż mamy do czynienia z osobami, którzy mają coś do powiedzenia i pragną skupiać się na konkretach. Z kolei spokojne dawkowanie przekazów dotyczących moralnych podstaw prowadzonej krucjaty sugerowało, że może panowie wierzą w to co robią, nawet jeżeli nie mają racji. Ziobro i Kaczmarek wydawali się tworzyć niemal parę braci, z wyraźnie rozpisanymi rolami, ale bez kłótni o starszeństwo czy prestiż, za to z pojawiającymi się permanentnie oświadczeniami o wzajemnym szacunku i zaufaniu. Dziś to już historia. Polityka partyjna niewątpliwie stanowi dziedzinę życia, której uczestnicy nieustannie kopią się po kostkach, jednak rzadko się zdarza, żeby ktoś kopnął samego siebie tak mocno, jak Prawo i Sprawiedliwość. Odeszła do lamusa legenda o konserwatywnych rewolucjonistach z tej partii, kłótliwych może i podejrzliwych ponad miarę, ale jednoczesnie cnotliwych moralnie i przez to budujących alternatywę dla Polski prywaty i korupcji. Andrzej Lepper, którego rzekoma korupcja wywołała całą tą aferę wychodzi z tego jeszcze chyba stosunkowo najlepiej, bo i tak budził niechęć pewnej części obywateli i niemal wszystkich grup wpływowych. Jednakże wizerunek PiS-u ucierpiał niezmiernie. Minister sprawiedliwości nagrywający podstępnie wiceprezesa rady ministrów, przymuszanie szefa resortu spraw wewnętrznych do rejestrowania na ukrytym dyktafonie dziennikarzy i jego opowieści o inwigilacji przez służby specjalne, wzajemne oskarżenia obecnych czy niedawnych członków rządu o wspieranie skorumpowanych urzędników – nie wiadomo Kafka to bardziej czy Mrożek? Jeżeli dodać do tego liczne smakowite szczegóły takie jak opowieści Janusza Kaczmarka o ubytku kilkunastu miliardów złotych w największej firmie ubezpieczeniowej i naciąganiu sprawy Barbary Blidy, to takiego obrazu degrengolady obozu rządzącego nie zdołaliby stworzyć nawet najbadziej pisożerczy dziennikarze z „Gazety Wyborczej” czy TVN24. I niezależnie od tego, kogo w końcu poznamy jako człowieka pomówionego, a kogo jako kłamcę – negatywny wizerunek już pozostanie. Bracia Kaczyńscy przegrali, bo nie pomogą raczej tłumaczenia premiera o pomyłce personalnej przy doborze Kaczmarka do rządu. Dobranie na stanowisko ministra spraw wewnętrznych akurat takiej osoby, którą musi się potem prezentować jako dwulicowego kłamcę i informatora przestępców, to przecież absolutna kompromitacja umiejętności oceniania ludzi przez premiera. Któż – poza ślepo oddanymi pretorianami PiS-u - mieć teraz zaufanie do jego innych decyzji personalnych? Wzajemne spiskowanie przeciwko sobie uprawiane przez najwyższych oficjeli państwa tworzy u obywatela nieprzyjemne wrażenie, że władza znalazła się w rękach grupy awanturników, których mniej łączy niż dzieli. Specjaliści od koncepcji kapitału społecznego zapewne płaczą rzewnymi łzami – cóż są w stanie stworzyć razem ludzie, którzy muszą ubezpieczać pozycję w gronie własnych kolegów za pomocą włączanych skrycie dyktafonów? To chyba największa ujawniona dezintegracja grupy rządzącej w okresie od upadku rzekomego komunizmu. A przecież jednym z powodów sukcesu PiS-u była właśnie biegłość polityków tej formacji w udawaniu wyjątkowo spójnej ekipy odnowicieli życia publicznego.... Zbliżający się upadek rządu koalicji konserwatywno - narodowej powienien radować moje serce lewicowca, a jednak nie jest tak do końca. Ogólne wrażenie jest bowiem przygnębiające: dotąd było sprawdzone empirycznie, że liberałowie – zarówno postkomunistyczni jak i postsolidarnościowi – są dokładnie tacy jak z opowieści Kaczyńskiego jak i Leppera. Teraz podobną wiedzę zyskaliśmy o drugiej części prawicy – konserwatyści, narodowcy i lepperowcy okazali się zadziwiająco podobni do ponurych stworów z gawęd swoich adwersarzy. Koncepcja walki „z układem”, zaskakująco ciekawie wcielana w życie w okresie prób hamowania wszechwładzy bankierów, dziennikarzy i prawników, zmieniła się we własną parodię w chwili, gdy premier zdemaskował jako jego część własnego szefa resortu spraw wewnętrznych. Możliwość częściowego kontrowania oligarchii gospodarczej przez czynnik polityczny – chociażby był to jedynie wyjątkowo mało powabny rząd minimalnie etatystycznej prawicy prawicy – legła w gruzach. Z tego pojedynku zwycięsko wyjda ci, którzy mieli polec. A za rogiem czeka już gromada eseldowskich trucheł i fanatyków wolnego rynku z Platformy Obywatelskiej, którym kompromitacja wyznawców państwa aktywnego pomoże realizować kolejne prywatyzacje, deregulacje i podobne cuda liberalizmu. |
|
Czytaj całość…
|
|
Rumunia z Polską w tle |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
10.08.2007. |
|
Zakończyłem lekturę książki autorstwa Agnieszki Kastory pt. „Rozbiór Rumunii w 1940 roku”. Zgodnie z tytułem, przedstawiono w niej okoliczności pozbawienia tego kraju części jej terytorium przez trzy państwa sąsiednie: Związek Radziecki, Węgry i Bułgarię. W obliczu rozpoczynającej się wojny światowej, wykorzystały one swoje dobre stosunki z hitlerowską Rzeszą do odebrania Rumunii spornych terytoriów: Besarabii, części Transylwanii i Południowej Dobrudży. Na nic się zdały zabiegi Rumunów o pozyskanie przychylności Niemiec, których przywódcy woleli opierać się na sojusznikach podobnie negujących porządek europejski powstały po I wojnie światowej. Do takich krajów należały Węgry – okrojone w wyniku traktatu w Trianon o 2/3 swojego dawnego terytorium - oraz Bułgaria, pozbawiona części Dobrudży i tradycyjnie marząca o inkorporacji całej Macedonii. Stalinowska Rosja, jak wiadomo, w ogóle nie potrzebowała uzasadnień dla swoich mocarstwowych dążeń, a zawierucha wojenna w Polsce i zachodniej Europie dała im doskonałą szansę, aby walić w po zębach różne Finlandie czy Rumunie, pobierając za swój trud spore kawałki ich terytorium.
Czytając książkę Agnieszki Kastory, uświadomiłem sobie, jak wielkie dziury w znajomości historii poczyniła cenzura okresu Polski Ludowej. Oceniając politykę małych państw środkowej Europy, odruchowo patrzy się na nią tylko z punktu widzenia ich zagrożenia przez agresywne poczynania Niemiec, zapominając o kraju, którego elita pod szczytnymi ideami internacjonalizmu skrywała zwyczajny szowinizm. Nie chodzi przy tym o sugerowanie, że można bronić polityki współpracy z reżimami palącymi poźniej ludzi w piecach, a jedynie o zrozumienie, że optyka polityczna mieszkańców tej części Europy musiała uwzględniać istnienie zagrozenia z obu stron. Właśnie odebranie Rumunii Besarabii i kawałka Bukowiny w czerwcu 1940 roku stanowi dobitny dowód na to, że ówczesne zagrożenie radzieckie dla państw tego regionu nie jest tylko dzisiejszym wymysłem prawicowych historyków. Fakt, że Adolf Hitler tolerował takie poczynania ponoć wrogiego ideologicznie kraju, pokazuje jak dobre musiały być wówczas wzajemne stosunki między obiema dyktaturami.
Praca o rozbiorze tzw. Wielkiej Rumunii dość nieoczekiwanie pozwala lepiej poznać także prawdziwą naturę II Rzeczpospolitej, której cnotliwe oblicze sławione jest dziś przez licznych polityków i historyków. Z pracy Agnieszki Kastor dowiadujemy się m.in., że na pogrzebie dwóch członków faszystowskiej organizacji Legion Michała Archanioła poległych w trakcie hiszpańskiej wojny domowej, wziął udział - oprócz dyplomatów z Japonii, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii - polski charge d`affaires (!). Warto przy tym przypomnieć, że owa organizacja o świętobliwej nazwie była niczym innym, jak typowo faszystowskim ruchem parającym się działalnością terrorystyczną - już wówczas wsławioną zamordowaniem m.in. premiera kilku wysokich urzędników rumuńskiej administracji rządowej. Jeden z głównych celów przywódców tej formacji stanowiło powiązanie (czytaj: podporządkowanie) polityki zagranicznej kraju z zamierzeniami Berlina. Takim to ludziom składał hołd polski dyplomata 13 lutego 1937 roku, choć Polskę ze swoim południowym sąsiadem łączyły dość bliskie stosunki.
Polska była też krajem, który torpedował wysuwane przez kraje zachodnie związania się wiosną 1939 roku z Rumunią układem o pomocy wzajemnej na wypadek napaści Niemiec, mimo, że istniał już podobny pakt skierowany przeciw Związkowi Radzieckiemu. Swoją życzliwość wobec sąsiada polscy dyplomaci zademonstrowali za to namawiając jego władze do partycypacji w rozgrabianiu Czechosłowacji, „oferując” im część Rusi Zakarpackiej. Z tej wzruszającej troski o rozwój terytorialny Rumunii niewiele zresztą wynikło, bowiem politycy tego kraju bali się prowokować konflikt z Madziarami, co prawda militarnie i ludnościowo słabszymi, ale cieszącymi się znacznie większą sympatią Hitlera. Wszystkie te fakty pokazują jednak doskonale sympatię rządzącej wówczas Polską kliki piłsudczykowskiej do prawicowych reżimów totalitarnych... Kto wie, po której stronie światowego konfliktu znaleźliby się żołnierze z orzełkami na czapkach, gdyby nie bezpośrednie sąsiedztwo Polski z III Rzeszą i związane z tym roszczenia terytorialne hitlerowskiego reżimu...
Inna nauczka płynąca z historii Rumunii końca lat trzydziestych i początku czterdziestych nie wiąże się już z Polską, niemniej jednak i ona warta jest zapamiętania. Mylą się ci, którzy uważają, iż radykalni szermierze ideologii, gdy już zdobędą władzę w państwie, są się czymś więcej niż typowymi politycznymi cwaniakami kierującymi się doraźnym interesem kierowanego przez siebie reżimu. Jak pokazuje książka autorstwa Agnieszki Kastory, tak Józef Stalin jak i Adolf Hitler traktowali rumuńskie ugrupowania pokrewne im ideologicznie jedynie jako narzędzia dla realizacji mocarstwowych planów kierowanych przez siebie państw. Przed atakiem Niemiec na ZSRR kontrolowana przez Stalina partia rumuńskich komunistów widziała zagrożenie dla pokoju światowego jedynie w knowaniach Francji (do jej upadku) i Wielkiej Brytanii... Z kolei przywódca III Rzeszy pozwolił utopić we krwi rebelię wysławiających jego geniusz skrajnych nacjonalistów rumuńskich z wspomnanego już „legionu” (i jego organizacji zbrojnej: Żelaznej Gwardii), tylko dlatego, że bardziej stabilne rządy aktualnej dyktatury gwarantowały pewność dostaw ropy naftowej dla gospodarki Niemiec. Rumuńscy komuniści i faszyści byli więc jedynie marionetkami w rękach swoich potężnych niby-sojuszników. Tak dzieje się zresztą niemal zawsze, gdy jacyś ludzie uwierzą w jakiegoś kochającego ich potężnego cara, dla którego warto zrezygnować z własnej autonomii. |
|
Zmieniony ( 10.08.2007. )
|
|
Czytaj całość…
|
|
LG Philips pomaga ludziom |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
09.08.2007. |
|
„Wiadomości” TVP, a za nimi inne media, doniosły o pojawieniu się na Dolnym Śląsku nowego rodzaju turystów, rodem z Dalekiego Wschodu. Ich zainteresowania znacznie odbiegają od tego, co może kusić przeciętnego globtrotera z drugiego końca świata. Nie chęć poznania polskiej przyrody i zabytków czy pragnienie posmakowania bigosu i gorzałki ich do krainy przywiodły, ale możliwosć zwiedzania... zakładów przemysłowych. Tak przynajmniej twierdzą osobnicy spotkani przez inspektorów pracy w fabryce Dong Yang, kontrolowanej przez koreański koncern LG Philips. Tylko jeden z nich dał się złapać w czasie pracy przy taśmie, resztę kontrolerzy PIP spotkali w trakcie wychodzenia z zakładu. Jak na razie, władze polskie zmuszone są brać za dobrą monetę tłumaczenia kierownictwa zakładu, iż obywatele Korei Południowej i Indonezji mają zwyczaj podróżować po świecie zwiedzając fabryki telewizorów LCD. Budowę zakładów LG Philips pod Wrocławiem uznawano za jeden z największych sukcesów Polski w przyciąganiu obcego kapitału. Kamień węgielny wmurowywał sam jaśnie pan premier Kazimierz Marcinkiewicz, miejsce budowy zakładu święcił biskup Edward Janiak, a media zachwycały się faktem, iż oto w końcu powstaje prawdziwa inwestycja typu greenfields, w której będzie się produkować w oparciu o najnowsze technologie produkty skłonne zainteresować klientów na całym świecie. Szerokiej publiczności nie epatowano za to zbytnio nachalnie wieścią o skromnej kwocie 290 milionów złotych, które polski podatnik zobowiązał się podarować koreańskiej korporacji dla przelicytowania zagranicznych ofert w wyścigu o pozyskanie łask inwestora. Pretekstem dla dotowania wielkiej korporacji miało być oczywiście utworzenie tysięcy miejsc pracy w nowych fabrykach LG Philips, czego państwo polskie uparcie nie chce czynić we własnym zakresie, preferując w zamian dopłacanie do prywatnych firm, zwłaszcza tych najzamożniejszych. O jakość tych miejsc pracy – rzecz jasna – nikt nie pytał, bo dżentelmeni i madamy z rządu czy biznesu o takich kwestiach nie dyskutują, chyba, iż chodzi o ich własne kontrakty i apanaże. Można mieć jednak pewność, iż daleko jej do doskonałości, skoro okoliczna ludność wyraźnie ignoruje możliwość zatrudnienia w dużej nowoczesnej firmie i koreański inwestor pozyskał jedynie połowę potrzebnej załogi. O zgrozo, nadeszły takie czasy, że obywatele Dolnego Śląska, niepomni na zaklęcia mediów i liberalnych polityków, nie wahają się publicznie podważać sensu zasuwania po dziesięć godzin dziennie w zamian za 900 – 1200 złotych na rękę i możliwość szpanowania koreańsko – holenderską nazwą pracodawcy. Ze swej strony, LG Philips równie uparcie odmawia uznania bytu zwanego polskim rynkiem pracy, w którym – jak na każdym rynku – jeżeli nie można nabyć potrzebnej usługi za określoną cenę, to trzeba po prostu zapłacić za nią więcej lub zrezygnować z zakupu. Jest to wszakże dokładnie ta sama zasada, która rządzi sprzedażą telewizorów LG czy innych produktów tej marki. nie można zakładać. Czyżby ci, którzy zawsze rozumieją reguły rynku gdy chodzi o tworzenie zysku, nie byli nagle w stanie ich przyswoić w stosunku do kosztów pracy? Po ujawnieniu fabrycznej „turystyki”, wiemy już, jaką strategię dla przełamania problemów kadrowych postanowił zastosować koncern LG Philips. Świat jest wielki, i zawsze można na nim znaleźć ludzi na tyle sterroryzowanych bezrobociem i nędzą, że zgodzą się pracować poniżej stawek obowiązujących na lokalnym rynku pracy. Pobieranie pieniędzy za tworzenie miejsc pracy od władz jednego kraju, a czynienie tego dla obywateli innego, stanowi jednak – niezależnie od całego internacjonalizmu z jakim powinniśmy patrzeć na stosunki pracy - zwykłe oszustwo, w tym przypadku dokonane na szkodę wszystkich obywateli naszego kraju. Zatrudnianie na czarno i płacenie poniżej płacy akceptowanej społecznie na danym rynku pracy to hańbiący firmę wyzysk, który nie powinien być akceptowany przez nowoczesne społeczeństwa. Wszystko wskazuje na to, że ściągnęliśmy do kraju firmę oszusta i – zwyczajem frajerów – jeszcze zapłaciliśmy za to, żeby jej menedżerowie robić mogli nas w konia. Władze naszego kraju, zamiast płaszczyć się przed inwestorami wysyłaniem premierów na otwarcie fabryki telewizorów czy siatek drucianych, powinny przede wszystkim informować przedsiębiorców z całego świata, że w Polsce jeszcze bardziej niż miejsc pracy potrzebujemy uczciwości. A oszustom jako społeczeństwo proponujemy co najwyżej inwestowanie w swoje ciało na siłowni w Z.K. Mielęcin albo nabycie umiejętności produkcji prefabrykatów betonowych w podobnej placówce... Bajęda o dobrych inwestorach pałętających się po całym świecie z walizkami pełnymi pieniędzy w celu zrobienia lokalnym plemionom dobrobytu, należy do najważniejszych mitów globalnego kapitalizmu. Jak owo dobrodziejstwo najczęściej wygląda w rzeczywistości, pokazują przykłady firm takich jak LG Philips, pomagając nam zrozumieć jaka jest cena ścigania na siłę inwestycji – zarówno ta wyliczalna w złotówkach, jak i ta niewymierna – moralna. Ciekawe, czy pan premier Marcinkiewicz i inni apostołowie wolnego rynku za nasze pieniądze, zwykli także zapraszać oszustów do swoich prywatnych apartamentów i rozdawać szmal z osobistych portfeli, czy może swoją dobroczynność ograniczają tylko do funduszy publicznych? A może, jako ludzie honoru, opodatkują się teraz dobrowolnie i zwrócą nam choć część pieniędzy pobranych z kieszeni społeczeństwa dla korzyści LG Philips? W każdym razie, jeśli usłużni dziennikarze znów zrobią medialne show na temat bezrobocia byłego szefa rządu, warto nie rozpaczać nad jego losem pamiętając, że nawet najwyższy socjal dla niego może nas kosztować mniej niż jego jedna decyzja na kierowniczym stanowisku. |
|
Nauki z koalicji |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
02.08.2007. |
|
W polityce sezon ogórkowy. Letni spokój mąci nieznacznie medialny sparring między stronnictwami wchodzącymi w skład koalicji rządowej. PiS próbuje pozbawić partnerów nie tylko wszelkiej tożsamości, ale też z minimum szacunku społecznego. Walka miejscami przypomina sceny z życia więziennych subkultur - z „bluzgami”, próbami wymuszeń i szantaży, przekupywaniem (co prawda przyzwoicie płatnymi posadami, a nie paczką papierosów albo koreańskim pornosem) i nagłymi ciosami w podbrzusze. Przy tym wszystkim, obie strony konfliktu (Samoobrona i Liga Polskich Rodzin chcąc wykazać lisi spryt zawarły sojusz taktyczny), uparcie powołują się na wartości wyższe, choć nie znam nikogo, kto by w to wierzył. Trzeba przyznać, że poprzedni rywale dla utrzymania posad udający sojuszników – np. politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego – kopiąc się po kostkach z nie mniejszą werwą, przynajmniej nie wrzeszczeli tyle o szczytnych celach przyświecających kolejnym przejawom agresji. Najwyraźniej, w niektórych sytuacjach nadęta mrukliwość liberalnych technokratów załatwiających swe śliskie interesy „przy zielonym stoliku”, bywa mimo wszystko mniej drażniąca niż permanentny wrzask o wartościach ze strony bardziej tradycyjnej prawicy. Rzecz jasna, trudno na poważnie analizować szanse przetrwania koalicji, w której politycy najsilniejszego stronnictwa nieustannie sugerują, że są co najwyżej zmuszeni podtrzymywać alians (bo po wyborach Platforma Obywatelska chciała zbyt wiele), podczas gdy druga strona albo podryguje w ukłonach albo rości sobie prawo wskazania premiera. Warto jednak zwrócić uwagę na dwa aspekty całej tej tragikomicznej historii, które – jak mniemam – stanowią cenną lekcję na przyszłość. Po pierwsze, niecodzienną jest brutalność i obłuda, z jaką PiS-owcy rozprawiają się z Andrzejem Lepperem i jego ludźmi. Polityka jako taka z pewnością nie służy wymianie czułości i nie należy się spodziewać od jej uczestników wrażliwej duszy czy delikatności w zachowaniu, jednak postępowanie partii braci Kaczyńskich wobec Samoobrony wydaje się zwyczajnie obrzydliwe z czysto ludzkiego punktu widzenia. Oto z dnia na dzień niedawni sojusznicy stali się nagle przedmiotem wszechstronnej presji, obliczonej na rozbicie ich struktury partyjnej i wyciągnięcie z niej elementu najmniej wartościowego, bo skupionego wyłącznie na idei jak najdłuższego trwania w czarodziejskim świecie poselskich diet. Szef tegoż stronnictwa, do niedawna oficjalny zastępca premiera, przedstawiany jest dziś przez swego byłego pryncypała i jego kompanię w zasadzie jako kandydat do dłuższego urlopowania we Wronkach czy Rawiczu, przy czym wszystko odbywa się metodą niejasnych sugestii, niedopowiedzeń, aluzji i posapywań. Na jego miejsce mianuje się renegata z tejże Samoobrony, sławnego dodatkowo z poprzednich akcji rozbijania swojej dawnej partii („afera taśmowa”), którego lepperowcy muszą nienawidzić w sposób absolutnie zrozumiały dla premiera znanego z zakrawającej o obsesję niechęci do zdrajców i donosicieli. Wszystko to, połączone ze sobą w jeden „pakiet”, zdradza wyraźną chęć pastwienia i upokarzania ludzi, w stosunku do których do niedawna deklarowało się przynajmniej częściową wspólnotę wartości. I ta porażająca obłuda w przeciwstawianiu Samoobrony i Leppera... Nie cierpię personifikacji w polityce – wystarczy nam już różnego typu geniuszów od siedmiu boleści w rodzaju Balcerowicza, Busha czy Stalina - ale w tym wypadku akurat sprawa jest jasna: Samoobrona to Lepper, Lepper to Samoobrona. To ten człowiek jest ojcem ruchu, on go stworzył, pociągnął go do sukcesu i on odpowiada nader wszystko za jego wzloty i upadki. Gołym okiem widać przecież różnicę intelektualną, która dzieli nawet tych znanych działaczy partii od jej szefa – to prawdziwa przepaść, gdy chodzi o wyrobienie polityczne, umiejętności medialne, sprawność umysłu czy wiedzę o świecie. A któż to jest do licha taki Alfred Budner, gdzie on by był bez Leppera? Czy nawet Ryszard Czarnecki, wcześniej podrzędny ZCHN-owiec typu „wystarczy być”? A może pan premier Kaczyński chciałby się przy posiłkować przy budowie IV Rzeczpospolitej intelektem posła Kuropatwińskiego, o ile oczywiście, zdoła w stanie zrozumieć jakąś z jego światłych tez? Chyba jednak nie, i dlatego - delikatnie rzecz ujmując – podlizywanie się tym ludziom i bazowanie na braku lojalności u ich części, wydaje się wyjątkowo cyniczne. A wracając do Leppera – drżącego przed zdradą posłów, których sam wykreował... Jego aktualna sytuacja daje nam jeszcze jedną naukę (i to jest drugi aspekt), szczególnie cenną dla działaczy wszystkich tych partyjek, które – z braku kadr i pieniędzy – przed każdymi wyborami urządzają prawdziwe łapanki na obywateli, aby tylko udało się w ogóle kimś zapełnić listy kandydatów i – jeśli się da – dostać od niego parę groszy na kampanię. Oto, co stałoby się z każdym z tych stronnictw, gdyby – z racji jakiegoś psikusa losu – odniosło ono niespodziewany sukces, wynosząc w górę tych wszystkich ludzi werbowanych „na pięć przed dwunastą”... Jak uczy przykład Samoobrony, przypadkowi ludzie może i zgodzą się startować w barwach tej czy innej partii, a czasem i sfinansują koszty zabiegania o względy wyborców, ale z pewnością ani nie staną się nagle równorzędnymi partnerami dla osób od lat zainteresowanych polityką ani nie będą kierować się poczuciem lojalności wobec stronnictwa (tym bardziej programu). Nie warto iść na skróty i pchać się na stołki, nie mając sprawdzonej pod względem uczciwości i sprawnej merytorycznie ekipy. To nie tylko oszukiwanie ludzi (wmawianie, że można komuś wierzyć, podczas gdy jest to tylko wróżenie z fusów), ale jeszcze samemu można dać się sterroryzować przez polityczne „słupy”. I to nawet mając silne przywództwo... |
|
Zmieniony ( 09.08.2007. )
|
|
Powstanie Warszawskie |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
31.07.2007. |
|
Jutro rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Obchody trwają już od kilku dni – w centrum stolicy spotkać można uroczyście odzianych staruszków z biało-czerwonymi opaskami na rękach, grupy młodzieży w mundurach SS i powstańczych strojach (zadziwiająco zgodnie ćmiących papierosy), a nawet makietę pojazdu pancernego „Kubuś”. Z pewnością tego zdarzenia zapomnieć nie powinniśmy, jednak tym co niepokoi, jest widoczna tendencja do zagłuszania treści przez formę. Wzrastającej w każdym roku pompatyczności obchodów nie towarzyszy pogłębiona refleksja nad zdarzeniami lata roku 1944. To raczej ludowe widowisko, któremu obecna ekipa nadaje charakter obrzędowego przeżywania wspólnoty „polskości”, tak ogólnikowo rozumianej, że absolutnie nijakiej. Wbrew intencjom decydentów życia politycznego widowisko staje się do bólu patetyczne i niezbyt zrozumiałe, a dominującym wątkiem staje się nie walka z hitleryzmem,a represje wobec powstańców w okresie stalinowskim. Tymczasem, nie odbierając nic z zasług mieszkańcom stolicy przez 63 dni toczących nierówny bój z hitlerowcami, należałoby przynajmniej spytać: jak to się stało, że ówczesne władze Armii Krajowej wykazały się tak gigantyczną głupotą, wierząc w kooperację wojskową z Armią Czerwoną? Sposób myślenia Józefa Stalina był wszak powszechnie znany – szczególnie politykom o antykomunistycznym nastawieniu – a po ujawnieniu zbrodni katyńskiej nie było też chyba złudzeń, co do tego, jak daleko radziecki dyktator posunąć się może dla realizacji swoich mocarstwowych ambicji... Skąd ta naiwność u ludzi, którzy uważali się za godnych reprezentować dziesiątki milionów obywateli polskich? Nawet, jeżeli istniał cień wątpliwości, należało nie ryzykować hekatomby setek tysięcy ludzi i ich miasta. Okazało się jednak, że polska prawica umie hojnie szafować życiem obywateli, z beztroską dziwnie podobną tej, jaką wykazywał podczas działań wojennych wobec ludzi radzieckich właśnie Józef Stalin... I nie zmieni tego faktu dzsiejsza nadgorliwość politycznych kontynuatorów ówczesnych władz podziemia, wyrażająca się np. w niszczeniu pomników poświęconych męstwu bezimiennych radzieckich żołnierzy – akurat w olbrzymiej większości szczerze pragnących zmieść faszyzm z ziem polskich... Stalin zrobił przecież tylko to co wcześniej – był przez chwilę sojusznikiem Hitlera dla realizacji swoich imperialnych celów. Jedynym wytłumaczeniem tej decyzji byłoby więc uznanie za prawdziwy poglądu części historyków przekonanych, że decyzja o wybuchu sierpniowej rebelii powstała w wyniku niemocy powstrzymania spontanicznego odruchu ludności wobec wycofującej się armii niemieckiej. I druga sprawa – czy rzeczywiście umiemy wyciągnąć wnioski z przeszłości? Ilu z mieszkańców naszego kraju rzeczywiście przejmuje się tragedią dzisiejszych powstańców – tych z bagdadzkich dzielnic, ze Strefy Gazy, z gór Czeczenii i Afganistanu? Ilu z powtarzających komunały o Powstaniu Warszawskim wzrusza się losem bombardowanych pasterzy, palonej żywcem biedoty arabskich miast, losem torturowanych więźniów CIA? Jak wielu obywateli kraju czerpiącego dumę z wysyłania dzieci z butelkami na czołgi, uważa jednocześnie wysadzających się palestyńskich bojowników za sfanatyzowanych idiotów? Czemu ma zeszłorocznych manifestacjach po napaści izraelskiego wojska na Liban demonstracje w stolicy Polski ciężko liczyły dwieście osób? Wreszcie, czemu siły zbrojne naszego kraju pomagają w dławieniu podobnej natury oporu ludności w Iraku i Afganistanu i jak na to reagujemy jako społeczeństwo? |
|
Powitanie |
|
|
|
Wpisał: Andrzej Smosarski
|
|
31.07.2007. |
|
Hej, Drogi Czytelniku, zaczynam dziś – w dniu, w którym pierwszy raz ministrem rolnictwa został Wojciech Mojzesowicz - komentować wydarzenia polityczne korzystając z modnej dziś formy blogu. Okresowe trendy w kulturze czy technologii nigdy mnie nie jakoś raczej fascynowały, trudno wszakże zaprzeczyć, że dla prezentowania skrótowych opinii na bieżące tematy ów typ pisania wydaje się doskonały.Mam nadzieję, iż moja aktywność w tym względzie przetrwa resortową karierę renegata Samoobrony, a jednocześnie nie zanudzę odbiorcy, jak to się zdarza nierzadko autorom tasiemcowych publikacji. Będzie kontrowersyjnie – czasem ironicznie, czasem ze śmiertelną powagą – stosownie do jakości polskiej i światowej polityki, która codziennie miksuje tandetę i wartości, draństwo i uczciwość. Z pewnością nie znajdziesz tu wielu rzeczy, do których przyzwyczaili Cię inni medialni mędracy: ślepej wiary w wolny rynek, niechęci do innych ras i narodów, nostalgii za „komuną”, tępego antykomunizmu, dziecinnej wiary w Unię Europejską, NATO czy Stany Zjednoczone. Ten, kto uwielbia ogólnikowe pseudointelektualne dywagacje o „europejskości” i „wartościach atlantyckich”, żywi namiętne uczucia do III lub IV Rzeczpospolitej, wierzy w opanowanie świata przez spiski masonów, Żydów czy księży - nie znajdzie w moich komentarzach ukojenia... Co w zamian? Nie mnie oceniać.... |
|
|